W 1991 roku zmieniłam sposób odżywiania na odżywianie pełne owoców, soków, warzyw, z niewielką ilością tłuszczu i białka. Na rezultat nie trzeba było długo czekać. Poczułam się bardzo zmęczona. Zmęczenie rosło do tego stopnia że z trudem chodziłam. Patrzyłam na biegających ludzi i podziwiałam, że przychodzi im to tak łatwo. Trwało to kilka miesięcy i ustąpiło.

W 1998 roku poczułam się ponownie źle. Tym razem poszłam do lekarza skarżąc się na ból, mrowienie i palenie nóg i rąk. Dostałam skierowanie na  rezonans magnetyczny. Znowu po upływie kilku miesięcy moje samopoczucie zaczęło się poprawiać. W tym czasie nadszedł termin badania. Po wykonaniu rezonansu skierowano mnie do dalszej diagnostyki. Podłączono mnie na godzinę – były to jakieś prądy. Kiedy badanie się skończyło ja czułam się okropnie. Z trudem chodziłam, schody które pokonałam z nieznacznym trudem idąc na badanie, teraz okazały się przeszkodą nie do pokonania. I znowu zajęło mi to trzy miesiące żeby powrócić do poprzedniego stanu.

Wizyta u neurologa była nieprzyjemnym doświadczeniem. Po przebadaniu i zapoznaniu się z wynikami dowiedziałam się, że mam SM. Zapytał się mnie czy mam dzieci i w jakim wieku. Po informacji, że mam i są w wieku 4 i 10 lat, pokręcił głową. Poczułam, że już spisał mnie na straty. W jednym momencie świat stracił wszystkie kolory. Wszystko dookoła stało się szare. Lekarz dodał, że są lekarstwa ale bardzo drogie (cała miesięczna pensja), czasami pomagają, czasami nie. Czemu tylko czasami to oni (lekarze zawsze używają zwrotu “my”) nie wiedzą, przy czym są poważne skutki uboczne, między innymi bóle głowy. Lekarz ten nie zdawał sobie sprawy przez co chorzy na SM ludzie przechodzą i proponowanie czegoś co przynosi jeszcze więcej bólu wydało mi się bez sensu.

Po kolejnych kilku miesiącach miałam wizytę w klinice dla pacjentów ze stwardnieniem rozsianym. Kiedy dotarłam na miejsce zobaczyłam kobietę, której chodzenie sprawiało dużo trudu, potem mężczyznę z bardziej zaawansowaną chorobą, chodził z użyciem kul i kobietę na wózku inwalidzkim. Dokładnie w tej kolejności. W tym momencie uświadomiłam sobie co po kolei mnie czeka. Lekarz (profesor) potwierdził wydaną poprzednio diagnozę. Mając ciągle nadzieję, że się myli powiedziałam, że to niemożliwe. Wówczas on śmiejąc się pokazał mi jedno ze zdjęć mojego mózgu – duża, jasna plama – nie miał żadnych wątpliwości.

Co jakiś czas klinika przysyłała listy z informacjami do domów pacjentów. Po otrzymaniu pierwszego wypisałam się z uczestnictwa w ewentualnych badaniach i leczeniu. Każdy taki list przypominał mi o chorobie, o której chciałam zapomnieć.

W 2002 roku dowiedziałam się o diecie dr Kwaśniewskiego. Zastosowałam ją i po siedmiu latach, w sierpniu tego roku byłam na badaniach. Na badania zgłosiłam się, ponieważ w odstępie 5 miesięcy, z powodu wypadków samochodowych dwukrotnie miałam uderzenie z tyłu. Badania te wykazały, że nie mam zmian w mózgu, które by wskazywały na SM. Stwierdzono, cytuję że to “odizolowany przypadek”. Jeden z lekarzy dziwił się, jak to się mogło zdarzyć, ale szybko sobie wyjaśnił, że ponieważ pierwsze badanie było przeprowadzone tyle lat temu więc wyniku najprawdopodobniej już nie ma i widocznie zmiany były nieznaczne. Nawet nie chciał się dowiedzieć w jaki sposób mój organizm był w stanie tak się odbudować i jakie zmiany były na zdjęciu na podstawie, którego postawiono diagnozę.

Co mówią dokumenty (mam te dokumenty od wyleczonej zeskanowane – Zuzanna Rzepecka)

  • dwa z 1997 roku mówią o tym, że jestem włączona do badań na SM

  • następnie są trzy wyniki rezonansu z kręgosłupa, na podstawie których zauważono postępującą demienilizację i zostałam skierowana na badanie mózgu aby sprawdzić czy na pewno mam SM

  • dalej jeden dokument rezonansu z mojego mózgu. Są tam odchyłki, między innymi cortikal atrophy – zmniejszenie, przyczyną tego (jak sprawdziłam w internecie), w pierwszej kolejności jest zła dieta (mam nadzieję, że będzie się to poprawiać). Również jest na nim jedno miejsce jaśniejsze, mały punkt wielkości główki od szpilki. Lekarz pokazał mi ten punkt i wyjaśnił, że to nie jest normalne, ale ogólnie jest dobrze i nie ma potrzeby brać leków na SM. A przecież w 1997 roku badający mnie profesor pokazał mi dużą jasną plamę w moim mózgu i skierował na leczenie SM.

  • dwie opinie lekarza, który dodaje, że u 20% ludzi, którzy mieli niewłaściwe wyniki z rezonansu, nigdy nie rozwinęła się choroba. Ja jestem tym przypadkiem

  • dwa inne to powtórzenie opinii lekarza leczącego. Też mówi o klinicznie odizolowanym przypadku (clinicaly isolated episode). 

Muszę przyznać, że nie przyszło mi do głowy wspomnieć o tym pierwszym rzucie choroby w 1991 roku, ponieważ nie zgłosiłam się do lekarza to to pominęłam.

Jeżeli przyda się to do czegoś to będę się cieszyć. Myślę, że te inne zauważone małe problemy też z czasem pójdą w zapomnienie.

Pozdrawiam

Wyleczona z SM